On.
Chcę żyć dla kogoś, a nie pomimo wszystkich.
Tak bardzo, bardzo. Nawet jasna twarz księżyca, dziś blada jakaś i wychudła - przekonuje mnie, że tak dłużej być nie może. Tylko że nie ma co się dziwić, jeśli nie robi się nic w kierunku polepszenia zaistniałej sytuacji. Nie mogę, tak jak teraz, poprzestawać na nierealnych marzeniach, bezcielesnych bohaterach, bezdźwięcznych - lecz głębokich głosach. Ciemnych włosach, lekko za długich. Blondach, wpadających w krwistą czerwień świeżo upuszczonej krwi. Błękitu źrenic mających w sobie soczystą zieleń trawy i matowy połysk skorupki orzecha. Gładkości skóry, szorstkiej i nierównej, tam gdzie ktoś kiedyś niedelikatnie się z nią obszedł. Smak i zapach, taki ulotny że prawie nieistniejący. Będzie spoglądał z góry, pogardliwie, dumnie, ciepło i wyrozumiale. Będzie przyjmował do wiadomości moje wady, tak jak ja to zrobię z jego wadami. Będzie ubóstwiał moje zalety, tak jak ja będę jego zalety wyciągać na światło dzienne i napawać się nimi za każdym razem kiedy przyjdzie mi ochota. Będę pukać w jego powieki, otwierać wrota ust, gładzić wyżynę czoła, przeciągać palcami po niecce szyi, scałowywać każde zmęczenie z rąk. Nasze oddechy będą splatać się ze słodkim nocnym powietrzem, i patrzeć będę w niego, patrzeć takim żarem, taką namiętnością, że nawet ten chorobliwy księżyc przybierze barwę płatka herbacianej róży.